polityka równych szans w Polsce

polemiki, kontrowersje, opinie

 

Urlopy macierzyńskie w parlamencie. Komentarz środowisk kobiecych

Gender mainstreaming
czyli o różnicy między Freddiem Mercurym a Joanną Kluzik-Rostkowską

Poselskie pomysły na wielodzietność rodzin

 

Urlopy macierzyńskie w parlamencie. Komentarz środowisk kobiecych

Nowy parlament podjął dyskusje nad zmianami Kodeksu Pracy w kwestii urlopów macierzyńskich. Zaproponowano kilka projektów, ostatecznie do prac w podkomisjach sejmowych skierowano projekt zakładający wydłużenie urlopów macierzyńskich z 16 do 18 tygodni oraz objęcie matek rocznym okresem ochronnym po powrocie z urlopu macierzyńskiego.

Projekt, okrojony z rocznego okresu ochronnego, został przyjęty przez sejmową Komisję Nadzwyczajną ds. Zmian w Kodyfikacjach.

Projekt spotkał się od początku z dużym sprzeciwem części środowisk kobiecych oraz organizacji pracodawców. Między innymi wskutek tego protestu zrezygnowano z pozostałych projektów, co nie oznacza, że o nich zapomniano. Być może pojawią się kolejne pomysły rządu odnośnie “prorodzinnych” zmian w Kodeksie Pracy. Wystosowywane do kolejnych rządów apele środowisk kobiecych w kwestiach ochrony praw kobiet jak dotąd nigdy nie skutkowały. Wygląda więc na to, że rząd, jeśli się ugiął, to pod presją pracodawców.

Pomimo że jesteśmy za socjalnym zabezpieczeniem kobiet, w tym matek, nie odpowiada nam sposób, w jaki chce się o nas troszczyć rząd. Z drugiej strony, nie zgadzamy się z perspektywą, wedle której ochrona taka jest niepotrzebna.

Koalicja rządząca nie ma naszym zdaniem na celu dobra kobiet, a jedynie kreację własnego wizerunku jako prawicy solidarnej z potrzebującymi. Tak samo jak innym grupom społecznym wymagającym wsparcia, państwo proponuje kobietom jałmużnę zamiast systemowo chronionych praw - dwa tygodnie naprawdę niewiele znaczą w ich obecnej sytuacji. Mamy tu do czynienia z klasyczną strategią konserwatystów: zamiast likwidować źródła nierówności ekonomicznych, bawią się oni w dobrych wujków, uprawiających doraźną filantropię.

Dodatkowym aspektem sprawy jest patriarchalne ujmowanie kwestii ochrony młodych matek. Pomysłodawcom bardziej zależy na utrzymaniu kobiet w domu, aniżeli na poprawie ich sytuacji materialnej, co było niejednokrotnie wprost wyrażane. Niezależnie od tego, że zmiany na korzyść matek nie muszą wcale owocować bezrobociem (tak jak dotychczasowe zmiany na niekorzyść pracowników wcale bezrobocia nie zmniejszyły, wręcz przeciwnie), wyrugowanie kobiet z rynku pracy jest zgodne z intencjami rządzącej koalicji. Aktualna władza utrwala dominację tradycyjnego modelu rodziny, gdzie to ojciec jest jedynym żywicielem, a matka - jedyną opiekunką. Sprzeciwiamy się tej asymetrycznej wizji. Rodzina powinna być przestrzenią wspólnej i równej odpowiedzialności, a państwo powinno wspierać ten egalitarny model. Wbrew stereotypowi nie tylko kobiety mają dzieci.

Pomysłom konserwatywnej władzy na “ochronę” matek towarzyszy kompletne zaniedbanie obowiązku wspierania państwowych instytucji wspomagających rodziców w opiece nad dziećmi, takich jak żłobki i przedszkola. Tymczasem, jak pokazują badania przeprowadzone przez Centrum Badań i Analiz Rynku w Kutnie na zlecenie Ministerstwa Gospodarki i Pracy, dla kobiet bezpieczeństwo socjalne, jakie dają tego rodzaju instytucje jest ważniejsze, niż kwestia długości urlopów macierzyńskich.

Konserwatyści nie bronią naszych praw na rynku pracy, ale nie czynią tego także organizacje pracodawców. Przeciwnie, usiłują one zlikwidować wszelkie zabezpieczenia socjalne w celu maksymalizacji swoich zysków. Sugerują przy tym, że ich punkt widzenia jest obiektywny; wszystkich, którzy go odrzucają, nazywają utopistami. Nie odpowiada nam ten typ “realizmu”. Sprzeciwiamy się dominacji perspektywy neoliberalnej w życiu publicznym. Wysokie PKB, utożsamiane z sukcesem gospodarczym, nie jest równoznaczne z poprawą życia ludzi. Pomnażanie zysków nie stanowi jedynej zasady funkcjonowania społeczeństwa. Pracodawcy szantażują kolejne rządy, że jeżeli Kodeks Pracy nie będzie odzwierciedlał ich żądań, powiększy się bezrobocie, ponieważ nie będzie im się opłacało zatrudniać ludzi. W ten sposób od początku transformacji ustrojowej wymuszają oni coraz większe ustępstwa kosztem pracowników.

Bronimy praw kobiet na rynku pracy i poza nim. Uważamy w szczególności, że wszelkie projekty zmian prawnych odnośnie macierzyństwa winny być konsultowane społecznie. Sprzeciwiamy się zarówno pomysłom rządu, jak i roszczeniom pracodawców. W zamian proponujemy:

1. Urlop powinien być rodzicielski, a nie macierzyński. Rodzice - i matka, i ojciec - powinni dzielić wszystkie prawa i obowiązki związane z opieką nad dzieckiem. Każdemu nowo narodzonemu dziecku państwo powinno gwarantować możliwość bycia otoczonym opieką rodzicielską poprzez przyznanie jego rodzicom urlopu rodzicielskiego. Urlop rodzicielski powinien wynosić 20 tygodni, z czego część stanowiłby urlop macierzyński, a część ojcowski:
- 8 tygodni powinna wykorzystać matka (z czego 2 tygodnie mogłaby wykorzystać przed spodziewanym porodem)
- 6 tygodni powinien wykorzystać ojciec
- pozostałe 6 tygodni rodzice dzieliliby między siebie wedle własnego uznania; w przypadkach spornych ta część urlopu byłaby dzielona równo na pół między oboje rodziców.
Jakiekolwiek próby nacisku wywieranego przez pracodawców w celu nakłonienia rodziców do skrócenia urlopu lub zrezygnowania z niego powinny być traktowane jako wykroczenie.

2. Obojgu rodzicom dziecka powinien przysługiwać okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, w wymiarze całego okresu trwania ciąży i 20 tygodni od narodzin dziecka.

Cała treść oświadczenia znajduje się na stronach:
www.pracownicy.org.pl

Autor wiadomości: KPiORP - sekcja ds. praw kobiet 2006-09-19 13:01:02
Źródło: www.pracownicy.org.pl

Gender mainstreaming
czyli o różnicy między Freddiem Mercurym a Joanną Kluzik-Rostkowską


Ciekawi mnie, ile kobiet w Polsce zna termin gender mainstreaming? A tu chodzi o radykalną maksymę, zasadę i od dłuższego czasu podstawę polityki Unii Europejskiej, która służy przed wszystkim interesom kobiet. Co oznacza gender mainstreaming? Jak ma się ten termin do określeń takich, jak równy status kobiet i mężczyzn, równe traktowanie kobiet i mężczyzn czy równouprawnienie?
Władza czyni cuda

W Polsce nastąpił po ostatnich wyborach parlamentarnych zwrot na prawo. Podobnie w Niemczech, gdzie do głosu doszły partie CDU i CSU. Nowy Bundestag zaczął swą pracę zwiększoną liczbą projektów dotyczących równego statusu kobiet i mężczyzn, co obie frakcje wyjaśniają odczuwalnym "duchem czasu", który zmierza do zmiany pozycji kobiet i zmobilizował do stworzenia koncepcji gender mainstreaming. Wielu deputowanych do Bundestagu tłumaczy, że oczywiste zdaje się dzisiaj, że przytłaczająca większość matek w Niemczech chce pracować na pełnym etacie. Trzeba wychodzić naprzeciw ich potrzebom. W tym samym czasie wielu tych narodowców z zakorzenionym głęboko w umyśle wizerunkiem rodziny jako ojca, matki i dzieci, zadaje sobie rozpaczliwie pytanie, dokąd ten prąd, wiedziony wspomnianym duchem czasu, prowadzi i dlaczego tak oczarowuje, skoro nikt nie opowiada się stanowczo w duchu jego ideologii? (Politische Geschlechtsumwandlung, Volker Zastrow, Frankfurter Allgemeine Zeitung, s. 8/ pon., 19.06.2006, Nr. 139)

Po co ta dygresja o Niemczech? Bo w Polsce, po zmianie kierunku rządu nikt z władających polityków nawet nie zauważył jakiegokolwiek duchu czasu. A zauważywszy - zignorował. A przecież w obu wspomnianych państwach doszli do głosu konserwatyści. Może w jednym bardziej populistyczni.

Nastąpiły działania, o którym nawet filozofom się nie śniło - rząd Marcinkiewicza zniósł urząd Pełnomocniczki ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn 3 listopada 2005, który pełniła Magdalena Środa. Premier niejednoznacznie dał do zrozumienia, że jest to również kara za wypowiedzi Magdaleny Środy na temat katolicyzmu, chociaż oficjalnym powodem likwidacji były "zmiany wynikające z Programu rządu na lata 2005-2009. Sama Środa stwierdziła: "To decyzja ideologiczna, nieprzemyślany manifest konserwatywnych poglądów, który zaszkodzi wizerunkowi Polski w świecie". W Polsce jednak, nie bójmy się powiedzieć, ostatnie słowo należy do tego, kto ma władzę. Kropka.

Zadania dotychczas prowadzone przez pełnomocniczkę zostały przekazane do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, które ma koordynować działalność antydyskryminacyjną rządu (część kompetencji pełnomocniczki przejęła podsekretarz stanu w MPiPS Joanna Kluzik-Rostkowska) - działalność ta ma być prowadzona również przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Zdrowia. Aby radości nie było zadość, należy podkreślić, że Polska jest jedynym państwem Unii Europejskiej, które nie ma osobnego urzędu odpowiedzialnego za politykę równościową.

I tak - mamy niewiadomego kształtu urząd, który można znaleźć w Internecie na stronie o przyjemnej nazwie: www.rodzina.gov.pl. Wita nas tam duży baner z napisem: "Kobiety, rodzina, walka z dyskryminacją". Można się przy tym dowiedzieć, jak polski rząd angażuje się w walkę z dyskryminacją kobiet, co dla kobiet i dzieci w społeczeństwie polskim jeszcze trzeba zrobić, jak UE radzi sobie z dyskryminacją ze względu na płeć… Nie dość że pięknie brzmiące pustosłowie, to jeszcze ani słowa o gender mainstreaming.

Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka najbardziej palącym problemem w obszarze wyrównania statusu kobiet i mężczyzn może być efektywne połączenie pracy zawodowej i życia rodzinnego, które zdaniem niektórych konserwatywnych polityków niemieckich mogą być urzeczywistnione przez umożliwienie równych szans zatrudnienia zarówno kobietom i mężczyznom. Wypowiedzi specjalistów i specjalistek polskiego Ministerstwa Pacy i Polityki Społecznej nie wychodzą również poza ten obszar. Trudno się dziwić, skoro zajmują się resortem odpowiadającym wszak za pracę i politykę społeczną, cokolwiek by nie znaczyła.

Ale polityka równouprawnienia to też obszar aktywności UE. A ściślej mówiąc, Komisariatu ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych oraz Równych Szans, któremu przewodzi Vladimir Spidla. I to ten komisariat w zasadzie odpowiada za rozprzestrzenienie się po Europie rozumienia równego statusu kobiet i mężczyzn jako równoznacznego równemu dostępowi do rynku pracy przez kobiety i mężczyzn. Do koordynowania i kontroli tej naczelnej zasady komisariat stworzył w 1998 nową metodę koordynacji, czyli gender mainstreaming. Nie obejmuje ona jednak tylko walki o równe szanse w dostępnie do rynku pracy ale również szeroko rozumianą walkę z dyskryminacją.

Może dlatego u nas się o tym nie mówi, bo trudno znaleźć odpowiednie tłumaczenie tej metody? A może niezrozumiałość nazwy jest celowa? Może tak trudno powiedzieć we współczesnym społeczeństwie europejskim, o co tak naprawdę chodzi, gdy z jednej strony łapie męczą nas problemy demograficzne, z drugiej strony Watykan? A przecież Komisja Europejska stworzyła już dyrektywy mówiące nie tylko o równym dostępie kobiet i mężczyzn do pracy, dóbr i usług czy traktujące o zrównoważonym uczestnictwie kobiet i mężczyzn w życiu rodzinnym i zawodowym, ale dwie bardzo ważne dyrektywy antydyskryminacyjne, która stwierdzają ponad wszystkim konieczność walki z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną. Państwa, które nie zaimplementują tych dyrektyw w swoim prawie - bez znaczenia, jakie rozwiązania wykorzystają, ważne jest przestrzeganie założeń - zostaną ukarane przez Komisję Europejską.

W Niemczech włączenie założeń dyrektyw antydyskrymiancyjnych w prawo republiki zostało przerwane po dojściu CDU do władzy jesienią 2005. W Polsce sytuacja jest jeszcze gorsza, bo nie dość że nowy rząd nie robi nic w kierunku implementacji dyrektyw, to jeszcze jawnie działa wbrew ich podstawowym założeniom - o czym świadczą wypowiedzi L. Kaczyńskiego przeciwko prawom homoseksualistów podczas kampanii prezydenckiej czy zakaz Marszu Równości w Poznaniu.

Z Mundialu nasi chłopcy wrócili, choć na tarczy. Ale na polu dyskryminacji wygrywamy.
Radykalizm i czułość

Pojęcie gender pochodzi z psychologii seksualnej. Jego wyróżnienie wynika z komplikacji, jakie powstały wraz z rozwojem transseksualizmu, dlatego odróżniono płeć biologiczną (ang. sex) od emocjonalnej, może z lekka metafizycznej - gender. Gender to zatem określenie "płci społecznej", która wyznacza tzw. przymusowy heteroseksualizm. To ideologiczna hipoteza jak też społeczna konstrukcja. Teza ta została przejęta przez teoretyków/czki homoseksualizmu oraz feminizmu.

W istocie powiązanie między feminizmem a samym ruchem lesbijskim jest bardzo duże. Podczas gdy gej, żyjący bez kobiety i dzieci jest jeszcze do przyjęcia w tzw. patriarchalistycznym społeczeństwie, to już lesbijki są dewaluowane jako stare panny, a również zdobycie wykształcenia zawodowego oraz kwalifikacji są dla nich trudniejsze niż dla samodzielnie żyjących mężczyzn. Ponadto jest wiele wspólnego między stosunkiem feministek i samych lesbijek do pojęcia małżeństwa czy rodziny (Politische Geschlechtsumwandlung, Volker Zastrow, Frankfurter Allgemeine Zeitung, s. 8/ pon., 19.06.2006, Nr. 139).

Zdaniem Volkera Zastrowa najlepiej tego zespolenia między feminizmem a ruchem lesbijskim dokonała Alice Schwarzer, redaktorka pisma "Emma" oraz jedna z najbardziej wpływowych i interesujących polityczek w Niemczech (warto tu dodać, że motywem powstania "Emmy" był proces karny, odbywający się w latach 1973-74, przeciwko parze lesbijek: Judy Anderson i Marion Ihns, które zamordowały męża Ihns, chciały bowiem żyć razem; to był prawdziwy proces czarownic, który zapoczątkował serię kobiecych protestów, na których czele stała A. Schwarzer, mających doprowadzić do zmiany prawa odnośnie małżeństwa oraz związków homoseksualnych). To Schwarzer jest twórczynią tzw. "Nowej Czułości", określenia na kobiecy homoseksualizm. Walczyła przeciwko męskiemu monopolowi na miłość i seksualność kobiet udowadniając, że każda praktycznie kobieta z natury jest biseksualna. Homoseksualizm większości kobiet jest w późniejszym okresie życia "przysypywany" przez kontakty z mężczyznami. Takie tezy sformułowała A. Schwarzer w Wymuszeniu i musztrze mężczyzn (Erpressung und Drill auf den Mann), które należą do lesbijskiego nurtu jej rozważań. Całkowicie w duchu feminizmu jest napisana książka Mała różnica (Der kleine Unterschied), w której przedstawia Schwarzer "kury domowe" (Hausfrauen) oraz matki jako niewolnice. W wywiadzie, którego udzieliła, będąc bardzo młodą jeszcze feministką, nazwała "kury domowe" więźniarkami systemu feudalnego. Użycie przez Schwarzer słowa "feudalizm" odsyła z kolei do korzeni feminizmu, tkwiących w radykalnej lewicy.

Feminizm, lesbijki, lewica…Najprawdopodobniej najohydniejsze słowa dla piewców IV RP. To oni wolą odczytywać założenia gender mainstreaming jako koncepcji, dla której realizacji wystarczy wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w dostępie do rynku pracy.

Kto jednak przeczyta dogłębnie, ten dowie się, że gender mainstreaming to przede wszystkim teoria mówiąca o dążeniu i działaniu na rzecz zmiany ukształtowanych społecznie, kulturowo oraz socjalnie ról związanych z płcią. Te wytyczne są jednak bardzo mętne, niedookreślone. Ale wyczytać z nich można jasno, że polityka antydyskryminacyjna względem kobiet to nie tylko walka o rynek pracy. I do spełnienia jej postulatów nie wystarczy już tylko uzbrojenie się w Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Dlatego w Berlinie powstało w październiku 2003, w ramach działalności Centrum Transdyscyplinarnych Studiów nad Płcią Uniwersytetu Humboldta , tzw. "GenderKompetenzZentrum". Bo pojęcie gender mainstreaming odsyła do materiałów feministycznej teorii oraz aktualnych badań nad płcią, np. teorii męskości, kobiecości czy interseksualizmu.

Jedną z najbardziej znanych postaci tego kierunku badań nad płcią jest, jak pisze Volker Zastrow we Frankfurter Allgemeine Zeitung, zmarły na AIDS filozof Michel Foucalt. Feminizm przejął jego teorie o ciele i tożsamości homoseksualnego mężczyzny do swych teorii o homoseksualnych kobietach. Warto tu też przywołać nazwisko Judith Butler, która rozwinęła teorię querr, jako inclusive umbrella label for all gendernauts and sexual outlaws, a cover-all term for lesbians, bisexuals, gays and transgendered people, gdzie transgendered people oznacza też transseksualistów i transwestytów.

Widocznym zdaje się zatem konieczność odejścia od definicji płci, koncentrującej się jedynie wokół istnienia ról społecznych, zatem będącej ekwiwalentem płci społecznej, której twórczynią jest Betty Friedman. Już na większą uwagę w obecnych czasach zasługuje koncepcja płci biologicznej. Jesteśmy zatem samowolnie tym, kim się urodzimy. Matrix tożsamości.

Luter w swoim tłumaczeniu Biblii pisze: Niewiasta przyjmuje i rodzi chłopczyka. Dorothea Erbele - Küster przetłumaczyła Biblię zgodnie z podejściem gender i podaje, że to: Zarodek wzrósł i potomek został urodzony.

Nic nie jest oczywiste.
Konsekwencja i ignorancja

Jak wygląda realizacja dyrektywy gender mainstreaming? Mieliśmy dobry przykład od naszych zachodnich partnerów w UE. Dobry przykład zakończył się jesienią 2005, gdy w Niemczech podobnie jak i w Polsce, kierunek polityki przesunął się na prawo.

Rząd niemiecki zobowiązał się podczas kadencji kanclerza Schrödera do przestrzegania założeń gender mainstreaming. W 2000 roku w swoim pierwszym okresie działalności czerwono - zielony rząd niemiecki przyjął w tzw. "Wspólnym regulaminie pracy Ministerstwa" jako podstawowe dwie zasady: pierwsza określała zasięg mocy obowiązującej a druga zrównanie statusu kobiet i mężczyzn wedle metody gender mainstreaming.

W umowie koalicyjnej między SPD oraz Zielonymi koncepcja gender mainstreaming została wymieniona kilka razy. Również w programie wyborczym SPD i Zielonych w 2002 roku została ona ujęta. gender mainstreaming ma być jednak nie tylko zawierany w programach wyborczych czy umowach koalicyjnych, ale również w trybie pracy ministerstw odpowiedzialnych za politykę gender, jak w Niemczech Ministerstwo Dzieci, Młodzieży, Kobiet, Rodziny i Ludzi Starych. Temu procesowi w Europie przewodzi Komisja Europejska.

Zanim jednak gender mainstreaming zadomowiło się w Europie, miejmy nadzieję na dobre, jego początków należy doszukiwać się w III Wielkiej Światowej Konferencji Kobiet Organizacji Narodów Zjednoczonych w 1985 w Nairobi. Koncepcja była jeszcze potem dyskutowana podczas IV Wielkiej Konferencji Kobiet Organizacji Narodów Zjednoczonych w 1995 w Pekinie. W obszernym programie z tej konferencji tzw. Actionspaltform, nazwano już nową koncepcję: gender mainstreaming (an active and visible policy of mainstreaming a gender perspective in all policies and programmes). O mało nie doszło do nieprzyjęcia tej Actionsplatform, ze względu na silny sprzeciw Watykanu, państw muzułmańskich oraz niektórych południowoamerykańskich, jako że platforma zawiera również fragmenty o ochronie ludzi odmiennej orientacji seksualnej. Rezolucja ONZ została jednak przyjęta, jako że nie nakłada na państwa obowiązku implementacji do prawa krajowego.

Rezolucja ONZ została niemalże natychmiast przyjęta przez UE i zapisana w Traktacie Amsterdamskim (artykuł 3, ustęp 2). Osobny artykuł, art. 12, poświęcono na podkreślenie w traktacie uprawnienia UE do walki z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną. Kto jest teraz na poziome UE odpowiedzialny za gender mainstreaming? Wciąż za równouprawnienie płci odpowiada wspomniana Komisja ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych i Równych Szans, na tym bowiem polega kompromis wypracowany w strategii lizbońskiej między gospodarczymi a społeczno - politycznymi interesami. Strategia lizbońska definiuje politykę zatrudnienia jako politykę społeczną, która ma umacniać związki zawodowe. Od 1995 komisja ds. wyrównywania szans składa się z przedstawicieli/ek pracowników/czek oraz pracodawców/czyń oraz dodatkowo dwóch przedstawicieli/ek Europejskiego Lobby Kobiecego jako obserwatorów/ek, co jest też oczywiście częścią realizacji gender mainstreaming.

Po wielkiej i nagłej historii powstania i dyskusji wokół gender mainstreaming ulokowanie tej koncepcji gdzieś na pograniczu lobbingu ekonomicznego i wśród zawiłości interesów gospodarczych jest bez wątpienia ignorancją. Zniewolenie ekonomiczne to jedno. A co z ze wszechspołecznym patriarchatem? Zniewalającą nas konwencjonalnością stosunków międzyludzkich, na płaszczyźnie społeczeństwa, kultury, seksu…?

Większą ignorancją jest jednak nie dostrzeganie i odmawianie przez polski parlament do dzisiaj zajęcia się palącymi problemami dyskryminowanych mniejszości, nie tylko kobiet, mimo wzrastającego uznania podmiotowej wolności każdej jednostki, świadomości konieczności liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, konieczności uchwalenia prawa zrównującego status kobiet i mężczyzn. To wyzwania gender mainstreaming na gruncie polskim.

Ale jeśli Polska odmawia nam, ludziom, naszych praw, to mamy już na szczęście po wstąpieniu do UE dodatkowe narzędzia walki - wolę, koncepcje, normy Unii Europejskiej. A jako że one też jeszcze często nie są pozbawione szczypty ignorancji, jak plan realizacji gender mainstreaming na przykład, siła zostaje w silnym, świadomym swych praw i potrzeb ruchu na rzecz praw człowieka.
I want to break free

Bycie kurą domową i matką, która jeszcze dodatkowo pracuje na pełnym etacie, żeby posłużyć się ponownie koncepcją Alice Schwarzer, nie jest możliwe do pogodzenia.

Ale taki obraz kobiety był często wykorzystywany w sztuce, literaturze, religii jako niemalże topos, który rozwijał się wśród potrzeb i interesów większości mężczyzn, jako że chcieli w swej partnerce widzieć przedłużenie troski i opiekuńczości rodzicielki. Dodatkowo wspaniałą matkę swych dzieci. Oddaną żonę, wierną do końca. Posłuszną. Zapewniającą zabezpieczenie ciągłości rodu. Dla narodowców - zabezpieczenie ciągłości narodu.

Można jednak inaczej, o czym pisał Volker Zastrow we Frankfurter Allgemeine Zeitung, wskazując na przykład Freddiego Mercury’ego w teledysku grupy "Queen", gdzie przebrany za kobietę w papilotach odkurza mieszkanie i podaje gazetę, śpiewając: I want to break free.

Taką właśnie ideę przynosi UE do Strategii Lizbońskiej, tylko że nieco w mniej żartobliwej formie, poprzez koncepcję gender mainstreaming. Dzięki niej nie trzeba będzie już mówić o kobietach jako tylko o kapitale ludzkim, których jedynym problemem jest pogodzenie pracy z życiem rodzinnym, bo przecież muszą być jak najbardziej wydajne zarówno dla swych dzieci, męża, społeczeństwa (więcej zdrowych dzieci) i gospodarki, co też trzeba im jak najsprawniej ułatwić, ale o jednostkach niezależnych finansowo, niekoniecznie pracujących na pełnym etacie, może skromnych, niekoniecznie przebojowych, na pewno nie wykorzystywanych, pozostających wedle swojej woli w związku z kobietą, niechby i nie decydujących się na dziecko…

Skończy się era toposu.

I ich nośników politycznych w wydaniu departamentu Joanny Kluzik-Rostkowskiej.

Karolina Jankowska
Żródło: www.zieloni2004.pl

 

Poselskie pomysły na wielodzietność rodzin

Wyższe emerytury dla osób, które wychowały więcej niż jedno dziecko, ograniczenie stosowania środków antykoncepcyjnych, promowanie form elastycznego zatrudnienia kobiet - to pomysły posłów, które miałyby doprowadzić do zwiększenia liczby dzieci


Zdaniem PiS przede wszystkim należy w dalszym ciągu wydłużać urlopy macierzyńskie (aż do 26 tygodni) i wprowadzać ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych. Miałyby być one uzależnione od liczby dzieci w rodzinie. Poseł Marian Piłka (PiS) zaapelował do Ministerstwa Zdrowia o rozpoczęcie działań zmierzających do ograniczenia liczby środków antykoncepcyjnych. - Ich zbyt szerokie stosowanie doprowadziło do epidemii niepłodności - mówił. PiS chciałoby także zróżnicowania wysokości emerytury w zależności od liczby urodzonych dzieci. - Nie może być tak, żeby emeryci, którzy wychowali tylko jedno dziecko, dostawali tyle samo co ci, którzy wychowali kilkoro. Przecież ci, którzy wychowywali więcej dzieci, włożyli więcej - mówił Piłka.

PO stawia na wzrost gospodarczy i poprawę zamożności rodzin. - Trzeba promować elastyczne formy zatrudnienia i wprowadzić zachęty dla pracodawców, aby w swoich firmach zakładali żłobki i przedszkola - mówiła Elżbieta Radziszewska (PO).

- Rodziny, które nie wychowują dzieci, winny być obciążone podatkami, ponieważ nie uczestniczą w trudzie budowania społeczeństwa - sugerowała Anna Sobecka (Ruch Ludowo-Narodowy). Zaproponowała, żeby każda rodzina wielodzietna otrzymała mieszkanie ze specjalnego funduszu mieszkaniowego.

Sejm chce wezwać rząd do pilnego przygotowania i wprowadzenia w życie "Narodowego Programu Wspierania Rodziny". - To powinien być spójny, kompleksowy, ponadpartyjny program - uzasadniała Elżbieta Ratajczak (LPR). Zaproponowano też powołanie nadzwyczajnej komisji sejmowej opracowującej prorodzinne projekty ustaw.

Autorka: Joanna Ćwiek 2006-10-20, ostatnia aktualizacja 2006-10-19 19:20:59.0
Źródło: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,3693640.html